Przejdź do treści

Największa amerykańska wpadka militarna XXI wieku kosztowała podatników 64,5 mln euro i trafiła w sojuszniczy myśliwiec.

Dwóch mężczyzn przy komputerach monitoruje symulację lotniczą w centrum sterowania.

W grudniową noc 2024 roku, w smołowato czarnym niebie nad Morzem Czerwonym, załoga myśliwca US Navy sądziła, że obserwuje rutynowe odpalenie pocisku. Kilka sekund później zrozumiała, że rakieta leci prosto na nich - wystrzelona przez własną stronę.

Rutynowy nocny powrót, który poszedł fatalnie źle

W nocy 22 grudnia 2024 roku amerykański F/A‑18F Super Hornet wracał na lotniskowiec USS Harry S. Truman po misji tankowania w powietrzu. Lotniskowiec działał na Morzu Czerwonym, gdzie amerykańskie okręty mierzyły się z falami ataków i gróźb ze strony sił Huti w Jemenie.

Gdy samolot schodził do lądowania na pokładzie, załoga zobaczyła jasny pióropusz przecinający niebo. Na początku wyglądało to jak znajomy widok: start rakiety przeciwlotniczej Standard Missile‑2 (SM‑2) z krążownika rakietowego USS Gettysburg, innego okrętu w tej samej grupie uderzeniowej.

W regionie wypełnionym dronami i nadlatującymi zagrożeniami sensowne było założenie, że krążownik zwalcza cel wrogi. To przekonanie trwało jednak tylko ułamek sekundy.

Rakieta zmieniła kurs. Zamiast wspinać się w nocne niebo, zaczęła lecieć prosto na Super Horneta.

SM‑2, która miała chronić grupę lotniskowcową, zamiast tego naprowadziła się na myśliwiec, którego miała bronić.

W kabinie operator uzbrojenia (WSO) miał podobno powiedzieć coś w rodzaju: „Widzę, że leci” - nie jako ostrzeżenie, które mogłoby zmienić wynik, lecz jako świadomość, że nie ma już drogi ucieczki.

Chwilę później obaj lotnicy pociągnęli za uchwyty katapultowania. F/A‑18F rozpadł się w powietrzu, zniszczony amerykańskim pociskiem; straty oszacowano na 65–75 mln dolarów (do ok. 64,5 mln euro). Nikt nie zginął wyłącznie dzięki skutecznemu katapultowaniu.

Drugi myśliwiec niemal podzielił los pierwszego

Ta noc mogła skończyć się znacznie gorzej. Drugi Super Hornet w okolicy również został wzięty na cel przez kolejną SM‑2 wystrzeloną z USS Gettysburg. Pocisk „zygzakował” i korygował kurs, naprowadzając się na obiekt, który obsługa uznała za zagrożenie.

W ostatniej chwili chybił o niewielki margines. Druga załoga była o około sekundę od decyzji o katapultowaniu nad morzem. O mało nie stracono dwóch samolotów i czterech lotników w jednym chaotycznym starciu.

Niektórzy amerykańscy urzędnicy obrony określili ten incydent jako jeden z największych błędów „friendly fire” XXI wieku w siłach zbrojnych USA - przynajmniej w wymiarze finansowym. Dochodzenie pokazało jednak, że odpalenie pocisku nie było pojedynczą złą decyzją jednej osoby. Był to finał tygodni słabej integracji, zawodzących systemów i narastającego stresu.

Krążownik niezsynchronizowany z własną grupą lotniskowcową

USS Gettysburg pełnił kluczową rolę w grupie uderzeniowej Harry S. Truman: był głównym okrętem obrony powietrznej, odpowiedzialnym za wykrywanie zagrożeń i naprowadzanie pocisków przechwytujących. Na papierze stanowił tarczę przed lotniskowcem i jego skrzydłem lotniczym.

W praktyce krążownik ledwo przebywał z grupą. W ciągu 45 dni poprzedzających incydent Gettysburg operował fizycznie razem z grupą uderzeniową Trumana jedynie przez siedem dni - około 15% czasu.

Okręt, który miał być defensywnym „centrum nerwowym” grupy, spędził większość rejsu, działając niemal samodzielnie.

Mniej czasu razem oznaczało mniej wspólnego treningu, mniej przećwiczonych procedur i słabsze nawyki komunikacyjne. Gdy nasiliły się ataki Huti, a Morze Czerwone zamieniło się w gęsty obraz radarowy dronów, pocisków i statków powietrznych, załoga Gettysburga musiała „wpiąć się” z powrotem w złożony rytm pracy zespołowej, którego nie ćwiczyła wystarczająco.

Dochodzenie kreśli obraz okrętu nieco „poza stadem” - jak pies pasterski, który wraca spóźniony do stada i nagle ma problem z odróżnieniem swojego od obcego.

Centrum informacji bojowej pod presją

„Mózg” okrętu zaczyna się rozpadać

W centrum awarii znalazło się Combat Information Center (CIC) - szczelne, przyciemnione pomieszczenie operacyjne, gdzie ślady radarowe, łączność radiowa i dane cyfrowe są scalane w jeden obraz sytuacji taktycznej. To ten obraz prowadzi każdą decyzję o strzelaniu.

Tamtej grudniowej nocy niemal każdy kluczowy element w CIC miał problemy:

  • System IFF (Identification Friend or Foe), który oznacza sojusznicze statki powietrzne, miał okresowe awarie.
  • Sieć danych Link‑16, cyfrowy kręgosłup wymiany celów między okrętami i samolotami, stale się rozłączała.
  • Samolot wczesnego ostrzegania E‑2D Hawkeye, który miał zapewnić przejrzysty ogląd sytuacji, również doświadczał zakłóceń radaru.
  • Radar SPY‑1 na Gettysburgu miał ograniczone pokrycie, gdy okręt był zajęty podejmowaniem śmigłowca.

Zamiast spójnego obrazu nieba operatorzy widzieli informacje poszarpane i niestabilne. Na ekranach powracający Super Hornet zaczął wyglądać bardzo podobnie do wzorca zagrożeń ze strony Huti obserwowanych wcześniej tego samego dnia.

Pod presją, przy zerwanych łączach i migoczących wskazaniach, własny myśliwiec i wrogi dron mogą wyglądać niebezpiecznie podobnie.

Gdy w łańcuch decyzyjny wkradły się wątpliwości, każda osoba działała w oparciu o nieco inny obraz rzeczywistości. Załoga CIC uważała, że jest pod zagrożeniem. Obsługa rakiet postępowała według procedur ukształtowanych przez dostępne dane. Ale to, co „widziała”, było od początku zniekształcone.

Procedury się strzępią, współpraca się załamuje

Raport opisuje pominięte kontrole bezpieczeństwa oraz ostrzeżenia, które albo nie zostały wysłane, albo nie dotarły na czas. Polecenia wstrzymania ognia nie przebiły się przez szum wielu kanałów radiowych. Kluczowi oficerowie byli przeciążeni i mieli trudność ze złożeniem pełnego obrazu sytuacji.

Dowódca USS Gettysburg, kmdr por. (Capt.) Justin Hodges, podjął ostateczną decyzję o zwalczaniu celu na podstawie tego „pękniętego” obrazu. Dochodzenie uznało później, że nikt w CIC nie miał pełnego zrozumienia, które kontakty były przyjaznymi statkami powietrznymi wracającymi na lotniskowiec.

W takich warunkach odpalenie SM‑2 nie było samowolą. Było logicznym punktem końcowym systemu, w którym luki szkoleniowe, usterki techniczne i stres ludzki zsumowały się.

Gettysburg nie strzelał celowo do sojuszników; strzelił do złudzenia powstałego na styku nakładających się awarii technicznych i błędów ludzkich.

Skala napraw: przepisywanie oprogramowania i nowe szkolenia

Okręty Aegis pod lupą

US Navy szybko ustaliła, że problem wykraczał daleko poza jeden krążownik. Ponad 30 okrętów nawodnych operujących w tym samym okresie na Morzu Czerwonym zgłaszało podobne problemy z systemami walki Aegis, wyposażeniem IFF lub łączami danych.

To wymusiło szeroko zakrojone działania naprawcze:

  • Około 55 mln euro przeznaczono na przepisanie części oprogramowania, które scala dane radarowe i sensoryczne.
  • Inżynierowie skupili się na stabilizacji działania IFF i zapewnieniu, że własne statki powietrzne są konsekwentnie oznaczane.
  • Połączenia Link‑16 wzmocniono przeciw częstym zerwaniom i rozbieżnościom.
  • Skorygowano algorytmy korelacji danych z wielu sensorów, by uniknąć błędnego łączenia przyjaznych śladów z wrogimi.

Po stronie „ludzkiej” marynarka uruchomiła 15 nowych inicjatyw szkoleniowych. Obejmują one bardziej zintegrowane ćwiczenia między lotniskowcami, krążownikami i niszczycielami oraz treningi CIC symulujące zatłoczone, stresujące środowiska bliższe realnym warunkom walki na Morzu Czerwonym.

W uproszczeniu: marynarka próbowała sprawić, by „orkiestra” znów grała z tej samej partytury - wyrównane systemy, wyrównane procedury, załogi szkolące się razem, a nie osobno.

Odpowiedzialność bez nazwisk

Jednym z wyraźnych skutków dochodzenia była decyzja personalna: kmdr por. Hodges został zwolniony z dowodzenia około miesiąc po incydencie. Oficjalnie usunięto go z powodu „utraty zaufania” do jego zdolności dowódczych.

Zastanawiające jest, że jego nazwisko - oraz nazwiska innych kluczowych osób - nie pojawiają się w formalnym raporcie. Dokument koncentruje się na systemach, osi czasu i ścieżkach decyzyjnych, a tożsamości pozostają „za kurtyną”. Marynarka oświadczyła, że podjęto działania dyscyplinarne lub administracyjne, ale nie ujawniła pełnych szczegółów.

Okręt zapłacił sprzętem, marynarka - oprogramowaniem i szkoleniem, a poszczególne osoby - karierami, w większości poza wzrokiem opinii publicznej.

Długa historia niebezpiecznych pomyłek na morzu

Od „niemal trafienia” za Roosevelta po współczesny ostrzał własnych

To nie pierwszy raz, gdy zamieszanie na morzu wystawiło Amerykanów na ogień ich własnej broni. Podczas II wojny światowej, w 1943 roku, niszczyciel USS William D. Porter przypadkowo wystrzelił bojową torpedę w kierunku pancernika USS Iowa podczas ćwiczeń. Na pokładzie Iowy był wówczas prezydent Franklin D. Roosevelt.

Gorączkowe sygnały ostrzegawcze i manewry w ostatniej chwili uratowały prezydenta, a torpeda eksplodowała, nie trafiając pancernika. Incydent uczynił z William D. Porter ponury żart w marynarskim folklorze, ale podkreślił, jak szybko ćwiczenia mogą stać się śmiertelnie niebezpieczne, gdy zawodzi komunikacja.

Współczesne zdarzenia są bardziej „software’owe” niż oparte na ręcznie kręconych pokrętłach, ale schemat jest podobny. Sensory działają źle. Ludzie źle rozumieją sytuację. Dowódcy muszą podejmować decyzje w ułamku sekundy w mgle niepełnych danych.

Kluczowe pojęcia stojące za incydentem na Morzu Czerwonym

Czym jest Aegis i dlaczego ma znaczenie?

Aegis to zintegrowany system walki używany na wielu krążownikach i niszczycielach US Navy. Łączy potężne radary, takie jak SPY‑1, pociski, takie jak SM‑2, oraz oprogramowanie zbierające dane z samolotów, satelitów i innych okrętów. Zaprojektowano go do jednoczesnego śledzenia i zwalczania wielu zagrożeń.

Gdy Aegis działa dobrze, jeden okręt może chronić całą grupę. Gdy elementy systemu zaczynają zawodzić lub rozjeżdżać się w synchronizacji, załoga może „widzieć duchy” na wskaźnikach albo przeoczyć własnych wracających do domu. Dokładnie to stało się na Gettysburgu tamtej grudniowej nocy.

Dlaczego IFF i Link‑16 są tak krytyczne

Dwa systemy powracają w dochodzeniu wielokrotnie:

  • IFF (Identification Friend or Foe): system oparty na transponderach. Własne statki powietrzne odpowiadają na zakodowane sygnały, informując okręty: „jestem po waszej stronie”. Jeśli IFF szwankuje, przyjazny samolot może wyglądać jak nieznany „punkt” na radarze.
  • Link‑16: bezpieczna sieć cyfrowa umożliwiająca samolotom, okrętom i jednostkom lądowym wymianę danych na żywo. Jeśli Link‑16 zrywa połączenie lub ma opóźnienia, jeden okręt może nie widzieć tego, co widzą pozostałe - mimo że wszyscy są przekonani, iż mają ten sam obraz.

W przypadku Morza Czerwonego oba systemy były niestabilne jednocześnie. To znacznie ułatwiło pomylenie sojuszniczego myśliwca z zagrożeniem obserwowanym wcześniej. Ryzyko nie polega wyłącznie na jednej pomyłce - lecz na tym, jak kilka drobnych problemów ustawia się w śmiertelny łańcuch.

Co to oznacza dla przyszłych konfliktów

Incydent na Morzu Czerwonym jest ostrzeżeniem na przyszłość dla każdej kampanii, w której siły sojusznicze upychają dużą liczbę okrętów i samolotów w ograniczonej przestrzeni. Im bardziej zatłoczony obszar i im więcej dronów oraz tanich pocisków w grze, tym trudniej utrzymać czysty obraz sytuacji taktycznej.

Można wyobrazić sobie przyszły kryzys w Cieśninie Tajwańskiej albo na Morzu Bałtyckim. Wiele państw współdzieli dane, stosuje nieco inne procedury i polega na dziesiątkach połączonych ze sobą sieci. Jeden niestabilny radar albo źle skonfigurowane łącze danych może ponownie zepchnąć przyjazny statek powietrzny do kolumny „wrogi” w najgorszym możliwym momencie.

Symulacje używane już przez marynarki pokazują, jak szybko takie łańcuchy mogą się budować. Analitycy uruchamiają scenariusze „co jeśli”, w których łączność pada na zaledwie kilka minut albo jeden węzeł sieci błędnie klasyfikuje ślad. W wielu z tych modeli pierwszą ofiarą nie jest wróg, lecz partner.

Dla podatników utrata samolotu wartego 64,5 mln euro bez wroga w zasięgu wzroku to brutalna liczba. Dla załóg na morzu większy strach jest gdzie indziej: że następnym razem fotel katapultowy nie zadziała albo że pocisk trafi śmigłowiec zbyt nisko, by uciec. Pomyłka Gettysburga nikogo nie zabiła. Pozostaje jednak kosztownym przypomnieniem, że w wojnie high‑tech „miękkie” elementy - szkolenie, zgranie, klarowna komunikacja - mogą decydować o tym, czy broń trafi we właściwy cel.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz