Przejdź do treści

Fincantieri z Włoch proponuje unijne standardy jako alternatywę dla wielkich fuzji w branży stoczniowej.

Mężczyzna przy biurku z planami statku, model statku i puzzlami, w tle wojskowy okręt i duże okno.

The head of Italian shipbuilder Fincantieri wrzucił kamień do i tak wzburzonych wód, przekonując, że przyszłość europejskich marynarek wojennych powinna opierać się mniej na gigantycznych fuzjach, a bardziej na wspólnych standardach technicznych. Za żargonem kryje się prosta idea: okręty wojenne z różnych krajów powinny móc szybko, tanio i niezawodnie łączyć ze sobą swoje systemy.

Propozycja Fincantieri: standardy zamiast super-koncernów

Pierroberto Folgiero, dyrektor generalny Fincantieri, wskrzesił debatę, którą wielu planistów obronnych uznawało za utkwioną w martwym punkcie: jak zwiększyć efektywność rozdrobnionego europejskiego przemysłu stoczniowego, nie zabijając przy tym narodowych czempionów. Jego przekaz jest bezpośredni. Europa nie potrzebuje jednej, wszechmocnej grupy stoczniowej; potrzebuje reguł i interfejsów, które pozwolą różnym marynarkom i dostawcom współpracować.

Wspólne standardy techniczne - a nie nośne medialnie fuzje - mogą przesądzić o tym, czy europejskie floty pozostaną wiarygodne za dekadę.

Dla Fincantieri oznacza to stworzenie czegoś w rodzaju „standardowego gniazda” dla okrętów: każdy radar, sonar czy system walki powinien dać się podłączyć do każdej zatwierdzonej platformy przy minimalnym przeprojektowaniu. Celem jest skrócenie czasu integracji, odchudzenie łańcuchów logistycznych i uniknięcie sytuacji, w której każda marynarka płaci za „wynalezienie” tej samej technologii w nieco innej formie.

Takie podejście ostrożnie omija też politycznie wybuchowy temat kontroli przemysłowej. Pełna konsolidacja rodziłaby pytania o miejsca pracy, lokalizacje stoczni i suwerenność narodową. Nacisk na standaryzację pozwala Włochom argumentować za efektywnością, pozostawiając Francji, Niemcom, Hiszpanii i innym kontrolę nad własnymi stoczniami.

Europejska flota podzielona na dziesiątki małych rodzin

Europejskie marynarki wojenne eksploatują oszałamiająco zróżnicowany zestaw fregat i niszczycieli. W zależności od metodologii analitycy wskazują od 14 do 30 odrębnych rodzin projektów będących w służbie lub niedawno zbudowanych na kontynencie. Wiele z nich realizuje niemal identyczne zadania: eskortę lotniskowców, zwalczanie okrętów podwodnych, obronę szlaków morskich, ochronę morskich instalacji energetycznych.

Każda rodzina projektowa zwykle oznacza własną ścieżkę szkolenia, części zamienne, bazową wersję oprogramowania i harmonogram modernizacji w połowie cyklu życia. Taka złożoność utrwala wyższe koszty po stronie ministerstw obrony i utrudnia działania połączone, gdy wybuchają kryzysy.

Fragmentacja oznacza krótsze serie produkcyjne, wyższe ceny jednostkowe i równoległe programy modernizacji, które po cichu drenują budżety.

Kontrast ze Stanami Zjednoczonymi jest wyraźny. US Navy ma znacznie mniej podstawowych projektów w każdej kategorii, zamawianych w dużych partiach przez długie okresy. Pozwala to amerykańskim stoczniom i dostawcom rozłożyć koszty rozwoju i uczyć się dzięki powtarzalności, a marynarzom przechodzić między okrętami bez konieczności poznawania za każdym razem zupełnie nowego „języka” technicznego.

Dlaczego rozdrobnienie floty szkodzi europejskiej sile na morzu

Operacyjnie europejska mozaika okrętów tworzy kilka problemów:

  • Wspólne misje wymagają dodatkowego planowania tylko po to, by systemy „rozmawiały” ze sobą.
  • Części zamienne i zespoły utrzymaniowe nie dają się łatwo współdzielić między marynarkami.
  • Modernizacje wchodzą w różnych terminach, przez co zdolności są niespójne.
  • Szkolenie załóg staje się dłuższe i droższe.

Wady te mają większe znaczenie, gdy mnożą się zagrożenia pod i nad powierzchnią. Rosyjskie okręty podwodne, drony na morzu i w powietrzu oraz bezpieczeństwo kabli i rurociągów na dnie morskim wymagają szybkich, skoordynowanych reakcji. Długie cykle integracji nowych sensorów czy uzbrojenia to luksus, na który Europa nie może już sobie pozwolić.

Standaryzacja jako „trzecia droga” dla europejskich stoczni

W ostatniej dekadzie Bruksela i kilka stolic naciskały na głębszą konsolidację wśród głównych koncernów obronnych, w tym stoczni wojennych. Rezultaty były ograniczone. Obawy o suwerenność, rywalizacja eksportowa i odmienne kultury przemysłowe spowalniały lub blokowały porozumienia.

Nacisk Fincantieri na standaryzację wyłania się jako trzecia droga pomiędzy obecnym status quo a politycznie toksycznymi megafuzjami. Zamiast łączyć firmy, pomysł polega na łączeniu ram technicznych.

Opcja Co oznacza Główne ryzyka
Status quo Projekty krajowe, luźna koordynacja Wysokie koszty, wolna integracja, niska interoperacyjność
Megafuzje Kilka dużych grup dominujących na rynku Polityczny sprzeciw, spory o miejsca pracy, mniejsza konkurencja
Standaryzacja Wspólne interfejsy, otwarte architektury między firmami Złożone tworzenie reguł, potrzeba silnego egzekwowania

W tym modelu marynarki nadal kupują okręty w różnych stoczniach krajowych. Ale uzgadniają architektury referencyjne: wspólne magistrale danych, zdefiniowane interfejsy typu plug-and-play, standaryzowane protokoły oprogramowania i dokumentację utrzymaniową. Konkurencja trwa w obszarze osiągów, ceny i innowacji, lecz w ramach wspólnego szkieletu.

Jak wyglądałaby „standaryzacja” na fregacie

Na przyszłej europejskiej fregacie standaryzacja mogłaby oznaczać:

  • wspólny cyfrowy „kręgosłup” łączący sensory, uzbrojenie i konsole dowodzenia,
  • uzgodnione interfejsy zasilania, chłodzenia i fizycznego mocowania kluczowego wyposażenia,
  • bazowe wymagania cyberbezpieczeństwa obowiązujące w misjach NATO i UE,
  • wspólne kody logistyczne dla części zamiennych i danych technicznych.

W takim układzie włoski radar, francuski system rakietowy i niemiecki zestaw walki elektronicznej mogłyby zostać zamontowane na hiszpańskim kadłubie bez miesięcy niestandardowych prac inżynieryjnych. Konfiguracja nadal wymagałaby testów, ale nie każdorazowego przeprojektowania od podstaw okablowania, oprogramowania i wzmocnień konstrukcyjnych.

Polityczne miny i opór przemysłu

Standaryzacja wygląda schludnie na papierze. W praktyce dotyka wrażliwych nerwów. Standardy obronne definiują, kto posiada własność intelektualną, kto kontroluje kluczowe interfejsy i czyja technologia staje się punktem odniesienia dla innych.

Spór o standardy to w istocie cicha walka o technologiczne przywództwo w Europie.

Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Holandia mają zaawansowane przemysły morskie. Każdy z tych krajów chciałby, aby jego obecne rozwiązania - od systemów zarządzania walką po komory pionowego startu - wpływały na przyszły standard lub go zakotwiczały. Mniejsi gracze obawiają się marginalizacji, jeśli reguły zbyt mocno przechylą się w stronę jednego ekosystemu.

Jest też kwestia czasu. Wiele marynarek ma już okręty zamówione lub wchodzące do służby w oparciu o istniejące ramy. Dostosowanie ich do nowych standardów wymagałoby rozwiązań przejściowych, modernizacji i starannego planowania finansowego.

Pytanie o konkurencyjność: czy standardy obniżą koszty?

Ministerstwa obrony liczą, że wspólne normy przełożą się na lepszy stosunek jakości do ceny. Teoretycznie większe wspólne rynki dla standardowych komponentów i systemów powinny obniżyć ceny jednostkowe. Dostawcy mogliby skalować produkcję i pewniej inwestować w ulepszenia, wiedząc, że obsługują kilka flot jednocześnie.

Istnieje jednak ryzyko, że bardzo rygorystyczne standardy ograniczą innowacyjność lub stworzą de facto monopole wokół kilku certyfikowanych dostawców. Regulatorzy będą musieli równoważyć zyski interoperacyjności z otwartą konkurencją - na przykład utrzymując standardy oparte na wymaganiach osiągowych, a nie narzucając jedno, konkretne rozwiązanie techniczne.

Presja bezpieczeństwa: od kabli na dnie po platformy energetyczne

Moment, w którym Fincantieri naciska na standaryzację, odzwierciedla zmieniający się obraz zagrożeń na morzach otaczających Europę. Podmorskie gazociągi, połączenia energetyczne i kable transmisji danych stały się strategicznymi celami. Sabotaż gazociągów Nord Stream i tajemnicze przecięcia kabli w ostatnich latach uświadomiły to decydentom.

Ochrona tych aktywów wymaga stałej obecności morskiej, dronów o dużej długotrwałości lotu/rejsu, szybkiej fuzji danych i wspólnej świadomości sytuacyjnej. Nic z tego nie działa płynnie, jeśli każda marynarka używa niekompatybilnych platform z szytym na miarę oprogramowaniem i sensorami.

Europejscy liderzy łączą standardy morskie nie tylko z efektywnością, lecz także z odpornością infrastruktury energetycznej i cyfrowej.

To powiązanie buduje szerszą koalicję na rzecz standaryzacji. Operatorzy energetyczni, firmy telekomunikacyjne i agencje cyberbezpieczeństwa również mogą zyskać na bardziej przewidywalnych, interoperacyjnych systemach monitoringu i reagowania na morzu.

Jak mogą współdziałać ramy NATO i UE

Każdy europejski standard morski funkcjonowałby obok doktryn i norm technicznych NATO. NATO już definiuje niektóre formaty wymiany danych, protokoły łączności i cele interoperacyjności. UE z kolei dysponuje narzędziami finansowania, takimi jak Europejski Fundusz Obronny, wspierającymi programy współpracy.

Realistycznym scenariuszem jest wspólne ustalanie standardów UE–NATO w wybranych domenach: na przykład danych dla zwalczania okrętów podwodnych, morskich dronów rozpoznawczych czy bezpiecznej łączności na morzu. Zmniejszyłoby to klasyczne dublowanie działań między Brukselą a Sojuszem, a jednocześnie uspokoiłoby nieunijnych członków NATO, że nie są spychani na bok.

Kluczowe pojęcia stojące za debatą

W tej dyskusji wciąż powracają dwa terminy, które kształtują skalę ambicji Europy.

Otwarta architektura (open architecture): To podejście projektowe, w którym systemy korzystają z opublikowanych, stabilnych interfejsów i modułowych komponentów. W ujęciu morskim system walki w otwartej architekturze pozwala integrować nowe sensory lub uzbrojenie przy ograniczonym, niestandardowym kodowaniu. Różni się to od zamkniętej, własnościowej platformy, w której jeden dostawca kontroluje zarówno oprogramowanie bazowe, jak i główne moduły.

Interoperacyjność: To coś więcej niż prosta kompatybilność. Oznacza, że okręty, statki powietrzne i centra dowodzenia mogą bezproblemowo wymieniać informacje, rozumieć swoje dane i koordynować działania w czasie rzeczywistym. Dla zespołu zadaniowego patrolującego Bałtyk lub Morze Śródziemne wysoka interoperacyjność umożliwia na przykład niemieckiej fregacie odpalenie pocisku na podstawie danych o celu przekazanych przez włoski samolot patrolowy lub francuskiego drona.

Co to może oznaczać dla przyszłych europejskich programów

Jeśli argument Fincantieri zyska na znaczeniu, nadchodzące projekty - takie jak kolejne generacje korwet, fregat i okrętów wsparcia - mogą być budowane w oparciu o wspólne standardy cyfrowe i fizyczne. Każda stocznia zachowałaby narodowy charakter, ale z wspólnym „szkieletem” pod spodem.

To mogłoby zmienić zachowania zakupowe. Resorty obrony mogłyby żądać platform „zgodnych ze standardem”, zamiast całkowicie unikatowych okrętów. Wspólne centra utrzymaniowe mogłyby obsługiwać mieszane floty kilku krajów. Symulatory szkoleniowe dałoby się łatwiej ponownie wykorzystać i adaptować dla sojuszniczych marynarek, obniżając koszty mniejszym państwom, którym trudno w pełni utrzymać wyszkolenie złożonych flot.

Istnieją też ryzyka, jeśli proces się przeciągnie. Długie negocjacje technicznych szczegółów mogą opóźnić pilnie potrzebne zastępstwa dla starzejących się jednostek. Pragmatyczna ścieżka mogłaby polegać na rozpoczęciu od wąskiego zestawu standardów - na przykład dla interfejsów systemu walki i cyberbezpieczeństwa - i rozszerzaniu ich wraz z budową zaufania między graczami przemysłowymi.

Na razie interwencja Fincantieri wymusza wybór. Europa może dalej mnożyć jednorazowe projekty i płacić rachunek w postaci wyższych kosztów oraz wolniejszego wprowadzania zdolności. Albo może spróbować podejścia bardziej opartego na regułach, które utrzyma narodowych czempionów przy życiu, jednocześnie wpychając ich w ramy wspólnego systemu. Kierunek obrany w najbliższych latach ukształtuje to, co europejskie marynarki będą w stanie realnie wystawić na morze w latach 30. XXI wieku i później.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz