Przejdź do treści

Drony samobójcze zbliżyły się na milę do amerykańskiego niszczyciela broniącego Izraela w czerwcu.

Mężczyzna obserwuje przez lornetkę okręt wojenny na otwartym morzu, z mapą i urządzeniem nawigacyjnym na pierwszym planie.

S. rutynowa osłona przeciwrakietowa niszczyciela nagle zamieniła się w walkę na bardzo bliskim dystansie.

Załoga USS Thomas Hudner spodziewała się dalekozasięgowych przechwyceń pocisków balistycznych. Zamiast tego stanęła oko w oko z dronami samobójczymi, które podeszły tak blisko, że okręt - by przetrwać - musiał sięgnąć po pokładowe działo.

Misja tarczy przeciwrakietowej nieoczekiwanie zbliża się do celu

USS Thomas Hudner (DDG 116), niszczyciel rakietowy typu Arleigh Burke, został w czerwcu skierowany na wschodnią część Morza Śródziemnego w ramach Operacji Cobalt Shield - wysiłku Waszyngtonu, by wesprzeć obronę Izraela przed irańskimi atakami.

Okręt zmierzał w maju do macierzystego portu w Mayport na Florydzie, gdy rozkazy sekretarza obrony USA przekierowały go do hiszpańskiej Roty na szybkie uzupełnienie amunicji i zaopatrzenia. Stamtąd ruszył w pośpiechu, by dołączyć do dwóch „bliźniaczych” niszczycieli, USS Arleigh Burke (DDG 51) i USS The Sullivans (DDG 68), które już zbierały się u wybrzeży Izraela.

Ich główne zadanie było jasne: obrona przed pociskami balistycznymi. W ścisłej koordynacji z siłami izraelskimi niszczyciele miały wykrywać, śledzić i przechwytywać pociski wymierzone w terytorium Izraela oraz kluczowe amerykańskie obiekty.

Amerykańskie niszczyciele przeszły z rutynowego patrolu do intensywnych działań bojowych, tworząc morską tarczę, gdy irańskie pociski i drony uderzały w Izrael.

Do nocy 15 czerwca Thomas Hudner był w pełni włączony w tę tarczę - jego potężny radar SPY‑1 i system bojowy Aegis przeczesywały niebo w poszukiwaniu zagrożeń balistycznych.

Noc, gdy drony nadleciały nisko

Gdy na lądzie trwały walki, a wspierane przez Iran formacje odpalały salwy w kierunku Izraela, wokół okrętu pojawiło się kilka niezidentyfikowanych dronów na wysokości około 7 500 stóp. Podobne drony samobójcze w stylu Shahed były już używane we wcześniejszych irańskich atakach na Izrael, a pojawiały się też świeże doniesienia o dronach wystrzeliwanych ze Strefy Gazy przeciwko jednostkom izraelskiej marynarki.

Początkowo większość dronów krążyła w oddaleniu, pozostając poza bezpośrednią strefą zagrożenia niszczyciela. Potem jednak jeden kontakt zmienił zachowanie.

Operatorzy radarów obserwowali, jak pojedynczy dron odrywa się od grupy, schodzi o kilka tysięcy stóp i zaczyna przyspieszać w stronę okrętu. Na mostku zarządzono manewry unikowe, podczas gdy zespół bojowy próbował ocenić zamiar celu.

Dron przeszedł od odległego śladu do szybko zbliżającego się zagrożenia, zmuszając amerykański niszczyciel do potraktowania go jako wrogiego systemu samobójczego.

Gdy kontakt sklasyfikowano jako wrogi, system bojowy okrętu użył pocisku RIM‑162 Evolved Sea Sparrow Missile (ESSM) - średniego zasięgu środka obrony powietrznej zaprojektowanego właśnie na takie szybkie zagrożenia z powietrza.

Przechwycenie z odległości mniejszej niż mila

ESSM skutecznie trafił nadlatującego drona z odległości poniżej jednej mili morskiej od niszczyciela - niepokojąco blisko jak na standardy morskie.

To przechwycenie ujawniło nowe niebezpieczeństwo. Za pierwszym dronem leciał drugi, „w śladzie”. Zanim wyraźnie wykryto go jako niezależne zagrożenie, zdążył już wejść w minimalny dystans, w którym okrętowe systemy rakietowe mogą bezpiecznie prowadzić ogień.

Gdy rakiety są za blisko, pałeczkę przejmują działa

Ponieważ użycie rakiet nie wchodziło już w grę, załoga przestawiła się na 5‑calowe działo pokładowe Mark 45 na dziobowym pokładzie. Okrętowy system zarządzania walką zaplanował szybkie zwalczanie celu, przekazując wyliczone nastawy strzelania obsłudze działa, gdy dron „zjadał” ostatnie metry dystansu.

Dron zbliżył się na zaledwie kilkaset stóp od niszczyciela, gdy Mark 45 znalazł cel. Trzeci pocisk trafił, niszcząc aparat, zanim mógł uderzyć w kadłub.

Ostatni dron został strącony 5‑calowym pociskiem niemal z dystansu „punkt blank”, pokazując, jak szybko w realnej walce mogą się skompresować warstwowe systemy obrony.

Dla marynarzy w Centrum Informacji Bojowej i na pokładzie był to brutalny przypominacz: nawet silnie uzbrojone okręty mogą zostać zmuszone do „walki na noże” z relatywnie tanimi systemami bezzałogowymi.

Intensywna kampania na morzu

Incydent z dronami był tylko epizodem w znacznie szerszej operacji. Podczas Operacji Cobalt Shield USS Thomas Hudner wystrzelił co najmniej 23 pociski RIM‑161 Standard Missile (SM‑3 i pokrewne warianty), notując co najmniej dziewięć potwierdzonych zestrzeleń pocisków balistycznych - w tym przechwycenia, które osłoniły biuro Ambasady USA w Tel Awiwie.

W skali całej grupy zadaniowej trzy niszczyciele wyznaczone do obrony Izraela - wsparte przez dwa kolejne okręty rozmieszczone na Morzu Czerwonym - odpaliły około 80 interceptorów SM‑3, według amerykańskich raportów obronnych.

  • USS Thomas Hudner: co najmniej 23 odpalenia serii SM‑3
  • Potwierdzone zestrzelenia: co najmniej 9 pocisków balistycznych
  • Zniszczone bezzałogowe statki powietrzne: kilka, w tym para dronów na bliskim dystansie
  • Odpalenia SM‑3 w całej grupie zadaniowej: około 80

Po misji fotografie niszczyciela pokazały oznaczenia zwycięstw namalowane na burcie - sylwetki pocisków balistycznych i dronów symbolizujące każde udane zwalczanie celu.

Dostosowywanie doktryny w czasie rzeczywistym

Rozmieszczenie w ramach Cobalt Shield zmusiło siły USA i Izraela do korekty dotychczasowych „podręczników” działania. Użycie przez Iran zaawansowanych, manewrujących pocisków balistycznych równolegle z dronami spowodowało zatłoczenie przestrzeni powietrznej i nakładanie się zagrożeń.

Oficerowie na pokładzie Thomas Hudner musieli zarządzać wieloma śladami, koordynować działania z izraelskimi sensorami i środkami rażenia oraz ustalać priorytety - które cele zwalczać najpierw.

Doktryna ewoluowała „w locie”, gdy załogi uczyły się, jak radzić sobie z jednoczesnymi zagrożeniami balistycznymi i dronowymi nad Izraelem i Morzem Śródziemnym.

Zamiast uporządkowanej sekwencji dalekozasięgowych przechwyceń, zespoły wachtowe niszczyciela stanęły wobec walki warstwowej: dalekie tory lotu pocisków balistycznych, drony średniego zasięgu oraz ryzyko, że coś małego i szybkiego prześlizgnie się na krótki dystans - jak 15 czerwca.

Dlaczego te drony są tak niebezpieczne

Tak zwane „drony samobójcze” lub amunicja krążąca są relatywnie tanie, wolniejsze od myśliwców i często napędzane śmigłem. Mimo to stanowią poważny problem dla okrętów wysokiej wartości.

Mogą lecieć nisko nad wodą, mieć małą skuteczną powierzchnię odbicia radarowego i podchodzić grupami. Jeśli choć jeden przetrwa zewnętrzne warstwy obrony, wystarczy, że zbliży się na dystans pozwalający zdetonować głowicę w pobliżu kadłuba lub kluczowych sensorów.

Cecha drona samobójczego Ryzyko dla okrętów wojennych
Niski koszt Umożliwia atakującym wypuszczanie rojów i „zużywanie” obrony
Małe rozmiary Trudniejsze wykrycie i śledzenie z dużej odległości
Zdolność do krążenia Może czekać na luki w pokryciu lub okresy dużego obciążenia
Elastyczne miejsca odpalenia Można odpalać z lądu, jednostek pływających lub małych pojazdów

Dla niszczyciela zajętego strzelaniem do pocisków balistycznych drony dodają kolejną warstwę złożoności. Każdy ślad drona konkuruje o czas pracy radaru, uwagę operatorów i zapas interceptorów.

Obrona warstwowa i znaczenie „minimalnego dystansu zwalczania”

Współczesne okręty polegają na obronie warstwowej. Pociski dalekiego zasięgu, takie jak SM‑3, zwalczają zagrożenia balistyczne wysoko w atmosferze. Pociski średniego zasięgu, jak ESSM, podejmują samoloty, drony i pociski manewrujące. Na najbliższym dystansie działa i systemy krótkiego zasięgu próbują zatrzymać wszystko, co się przedrze.

Każdy system rakietowy ma minimalny dystans zwalczania - punkt, wewnątrz którego pocisk nie jest w stanie skutecznie śledzić celu i manewrować, by go trafić. Gdy zagrożenie przekroczy tę wewnętrzną granicę, pozostają już tylko działa lub systemy „ostatniej szansy”.

Czerwcowy incydent pokazał, że drugi dron, lecący tuż za pierwszym, może wepchnąć amerykański niszczyciel prosto do tego wewnętrznego kręgu, pozostawiając zaledwie kilkaset stóp przestrzeni na reakcję. W realnej walce skraca to czas decyzji do sekund.

Co to oznacza dla przyszłych starć morskich

Epizody takie jak bliskie spotkanie Thomas Hudner prawdopodobnie wpłyną na to, jak marynarki przygotowują się do przyszłych konfliktów. Dowódcy już biorą pod uwagę gęstsze roje dronów, pociski hipersoniczne i bardziej zatłoczone środowiska przybrzeżne.

Realistyczne scenariusze szkoleniowe coraz częściej łączą wiele zagrożeń: pocisk balistyczny nadlatujący z dużej odległości, podczas gdy małe drony podchodzą z różnych kierunków; zakłócenia elektroniczne komplikujące obraz radarowy; oraz konieczność jednoczesnej ochrony pobliskiego ruchu handlowego.

Dla marynarzy oznacza to ćwiczenie szybkich przejść między uzbrojeniem, powtarzanie strzelań na bliskim dystansie do małych, szybkich celów powietrznych oraz uczenie się zaufania do zautomatyzowanych systemów bojowych - przy jednoczesnej gotowości do przejęcia kontroli, gdy na skraju ekranu pojawi się coś nieoczekiwanego.

Czerwcowa noc u wybrzeży Izraela, gdy drony samobójcze podeszły na mniej niż milę do amerykańskiego niszczyciela, niesie jasną lekcję: nawet najlepiej uzbrojone okręty mogą zostać zmuszone do walki na wyciągnięcie ręki, a margines między czystym przechwyceniem a poważnymi uszkodzeniami może wynosić zaledwie kilka sekund i garść pocisków.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz